Juz za niecaly rok zostane zona!! Ale, ale... Czy ja sie do tego nadaje?? Kolejne miesiace spedze w kuchni, jako kucharka moj facet, jako sedzia, a przyszla tesciowa tysiace kilometrow od nas, jako ta co poblogoslawi lub nie. No przeciez wiadomo, ze przez zoladek do serca! Zapraszam zatem do mojej kuchni...
wtorek, 23 października 2007
czwartek, 18 października 2007
ok
to nie jest notka pozegnalna, choc z drugiej strony...

skonczyl sie limit na pokazywanie zdjec, wiec postanowilam zakonczyc dzialalnosc kuchenna cudawiankow...

oczywiscie tylko na chwilke!

do slubu jeszcze droga daleka, a o zoladek faceta trzeba wciaz dbac... w koncu przez zoladek do serca :-)

juz za chwilke, za chwileczke, wroce w nowej szatce, z nowym blogiem i z nowymi pomyslami. prosze tylko o cierpliwosc...

:-)

cudawianki


19:13, cuda.wianki
Link Komentarze (19) »
środa, 17 października 2007
kurczak w warzywach z patelni

kurczak w warzywach z patelni to chyba bardzo oblatany pomysl na obiad. ale i nasze podniebienia czasami prosza o cos bardzo prostego... ;-) no, a poza tym trzeba bylo skonczyc wreszcie te mrozonke, co od jakiegos czasu zalegala w zamrazarce...

moj sposob na kurczaka z warzywami jest taki: pokroilam dwie piersi kurczaka na mniejsze kawalki. posypalam ulubiona przyprawa do kurczaka. smazylam go na oliwie. do usmazonego, gotowego juz do zjedzenia, kurczaka wsypalam niecala polowe mrozonki warzyw (zielony groszek, marchewka i brokul - kalafior zuzyl sie przy innej okazji ;->). dusilam warzywa z miesem na patelni w wydzielajacej sie z warzywnej mieszanki wodzie. nastepnie, kiedy ta woda odparowala, dolalalm troche wrzatku i dusilam do miekkosci warzyw. posolilam, popieprzylam i dodalam ciut vegety do potrawy. wymieszalam i podalam z moim ulubionym ryzem (klik klik - tu znajdziesz przepis) oraz polalam sosem sweet chilli (klik klik, tutaj kiedys o nim pisalam), ktory rozcienczylam troche z miodem.

do kurczaka z warzywami z patelni w moim domu obowiazkowo podawane jest piwo, ktore gasi pozar w przelyku spowodowany spalaszowaniem sosu sweet chilli. a takie jedno piwko w srodku tygodnia nie jest wcale grozne... :-)

ocena faceta (w skali od 0 do 5):

4 - spoko, luzik :-)

p.s. facet mial dobry humor, ale to pewnie sprawka piwka... ;-D

wtorek, 16 października 2007
kawa mrozona

ominela mnie w zeszla niedziele kawa z psiapsiola, a taka mialam ochote na kawe z lodami :-( facet mnie zmobilizowal i stwierdzil, ze jesli potrafie w kuchni prawie wszystko to taka kawe tez wyczaruje. tym bardziej, ze i on mial ochote. tak oto powstala moja wlasna kawa mrozona:

prawda, ze piekna?? a jak smakuje...

na dwie kawy z lodami: dwie czubate lyzeczki kawy instant zalalam wrzatkiem, az po brzegi kubka. dodalam cztery lyzeczki cukru. wymieszalam. ostudzilam nieco. rozlalam kawe na dwa kubki i dolalam mleka (proporcje: pol kubka kawy, pol kubka mleka). wlozylam kubki do lodowki i... uwaga! uwaga! zostawilam na cala noc w lodowce, bo tak po prostu sie zlozylo, ale prawda jest taka, ze im dluzej kawa postoi w lodowce, tym jest pyszniejsza. jednak jesli sie spieszycie, to dwie godzinki wystarcza :-) po wyciagnieciu kubkow kawy z lodowki, przelalam ja do wiekszych szklanek. nalozylam piec-szesc lyzek waniliowych lodow i wymieszalam lyzeczka. mniammmmmmmm...

ocena faceta (w skali od 0 do 5):

5 - od dzis chce taka kawe codziennie!!

p.s. ciekawe, kiedy mu sie znudzi?? :-D

poniedziałek, 15 października 2007
bananowe pancakes

kiedy zobaczylam bananowe nalesniczki na blogu u dorotus nie moglam sie powstrzymac... primo: uwielbiam wszelkiego rodzaju nalesniki, secundo: a banany wrecz kocham!

jedna szklanke maki, dwie lyzki cukru pudru, jedna czubata lyzeczke proszku do pieczenia wymieszalam razem w misce. w drugiej misce roztrzepalam jedno jajko. dodalam jedna i 1/4 szklanki maslanki naturalnej.

do miski z maslanka wlalam rowniez dwie lyzeczki miodu, a nastepnie ostudzone juz 20 gram masla, ktore rozpuscilam w mikrofali duzo wczesniej. na koniec dwa banany pokroilam w cieniutkie plasterki i dodalam do tej samej miski i dokladnie wszystko razem wymieszalam. nastepnie polaczylam zawartosc dwoch misek, czyli make z reszta sypkich produktow dorzucilam do miski z maslanka i wymieszalam delikatnie lyzka. pieklam na bardzo rozgrzanej patelni teflonowej, nie uzywajac oliwy. tu niestety nastapil niespodziewany obrot sprawy, bo pierwsze pancakes ciut mi sie rozwalily. oczywiscie nie rozgrzalam patelni dobrze, ale to wynik mojej niecierpliwosci. dlatego tak wazne jest rogrzanie patelni ;-) dobra koncze ten wywod, podziwiajacie przepyszne bananowe pancakes :-)

ocena faceta (w skali od 0 do 5):

5 - coraz bardziej lubie te dorotus...

p.s. he??

16:12, cuda.wianki , 2.trudne
Link Komentarze (4) »
niedziela, 14 października 2007
ananasowy deser

deser z ananasem to jest moj pomysl na dogodzenie podniebieniom niespodziewanych niedzielnych gosci, praktykowany od wiekow. podam wam przepis na trzy duuuuuuuze szklanki deseru.

przede wszystkim uzywam do deseru zelatyny w proporcji: jedna kremowka = jedna saszetka zelatyny (jedna saszetka zelatyny = dwie lyzeczki ;->). tym sosobem rozpuscilam trzy lyzeczki zelatyny we wrzatku (jakies pol kubka). poltorej kubka smietany kremowki (18%, ale im wiecej tym lepiej!) ubilam z jednym opakowaniem cukru waniliowego. nastepnie dodalam cztery lyzki cukru i dalej mieszalam mikserem.

nastepnie wlalam do miski sok z puszki ananasa, w koncu ostudzona zelatyne i miksowalam, az kremowka byla cudownie pienista. rozlalam deser do trzech wiekszych szklanek. na wierzch wylozylam plastry ananasa (po dwa lub trzy na szklanke). wlozylam deser do lodowki na jakas godzinke. w tym czasie mozna zagadac gosci, a potem, kiedy wszystkie tematy sie skoncza - zalepic im usta smacznym deserkiem! ;-)

ocena faceta (w skali od 0 do 5):

5 - mniammmmmmmmmm... :-D

sobota, 13 października 2007
losos w ciescie francuskim

dawniej eksperymentowalam z lososiem w nalesnikach. dzis z powodow oczywistych, w ramach akcji: oprozniamy zmarazarke!, postanowilam pozybyc sie zamrozonego ciasta francuskiego.

a dokladnie rozmrozilam 375 gram zrolowanego juz ciasta francuskiego (akurat tyle bylo w zakupionym przeze mnie opakowaniu). rozwinelam je i wykroilam dwie tarty za pomoca talerza. na lyzce masla udusilam okolo 150 gram szpinaku.

do miski wylozylam kremowy serek (200 gram) - moze byc wasz ulubiony, ale nie za slony, bo losos jest slony i generalnie nie uzywam do tej potrawy wiecej soli. 100 gram wedzonego lososia pokroilam na mniejsze kawaleczki. wymieszalam razem z serkiem w misce.

nastepnie dodalam uduszony z patelni szpinak. wymieszalam wszystkie skladniki. dodalam pieprzu do smaku. w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni upieklam ciasto francuskie, ale czekalam tylko jak lekko sie zarumieni, bo potem wjelam je z piekarnika i wylozylam na tarty mieszanke lososiowa i znow wsadzilam je do piekarnika. na jakies kolejne dziesiec minut.

ocena faceta (w skali od 0 do 5):

4 - ciut slonawe, ale jest ok!

piątek, 12 października 2007
apple pie

apple pie to po prostu kruchy placek z masa z jablek. moja historia z tym plackiem jest dluga, jak dlugie sa poszukiwania idelanego przepisu. ten zamieszczam bardziej z powodu ciekawych zdjec, jakie uzsykalam podczas produkcji i po pieczeniu, w mysl porzekadla: nie zawsze co ladnie wyglada, dobrze smakuje. nie moge jednak napisac, ze apple pie bylo niedobre. wrecz przeciwnie, zjedlismy je zanim goscie zdazyli zapukac do naszych drzwi. jednak... moje poszukiwania na idealny placek z jablkiem beda jeszcze trwaly. moze ktos pomoze?

dwie i pol szklanki maki wymieszalam z dwoma lyzkami cukru i 1/4 lyzeczki soli. dodalam pol szklanki zimnego masla i ciachalam make z maslem nozem, jak na kruszonke. nastepnie dodawalam powoli osiem lyzek wody i wyrabialam ciasto reka. kiedy juz wszystko zlepilo sie razem oraz bylo dobrze wyrobione, podzielilam ciasto na dwie czesci.

zawinelam obie kule w folie spozywcza. wlozylam je do zamrazarki na pol godziny. po tym czasie wyjelam i rozwalkowalam oba placki. przelozylam je z obu stron folia spozywcza, bo tak bylo latwiej walkowac, nie dodawajac wiecej maki. wysmarowalam maslem i posypalam bulka tarta forme i wlozylam do niej pierwszy rozwalkowany placek. naklulalam widelcem. 

jako nadzienia uzylam gotowej masy jablczanej z jablek bramley. oczywiscie mozna bylo upichcic ja samemu, bo jest bardzo prosta do zrobienia, ale ja bylam ograniczona czasem. dokladnie nalozylam pol sloiczka, choc po upieczeniu stwierdzilam, ze nie pogardzilibysmy calym. mase rozlozylam jednak nie na calym placku, a zostawilam wolne brzegi, zeby potem bylo je latwiej zawinac i zlepic. posypalam mase jablczana cynamonem.

otworzylam forme, zeby mi bylo latwiej operowac i nalozylam na mase drugi rozwalkowany placek. zlepilam brzegi z pierwszym. przygniotlam je widelcem, jak na zdjeciu. naklulam widelcem rowniez wierzchnia czesc placka. zamknelam forme. pieklam okolo godzinki w nagrzanym do 180 stopni piekarniku do zlotego koloru.

apple pie tradycyjnie po angielsku mozna podawac z bita smietana i aromatyczna herbatka, a ja podalam co prawda z bita smietana, ale z kawa.

ocena faceta (w skali od 0 do 5):

4 - probuj, probuj kochanie, wierze, ze dojdziesz do perfekcji...

p.s. ja tez mam taka nadzieje ;-)

czwartek, 11 października 2007
ryba w mleku kokosowym

dawno dawno temu... jedlismy cudowna zupe rybna gotowana na mleku kokosowym. ugotowal ja dla nas nasz znajomy brazylijczyk. dzis udalo mi sie co nieco wyczarowac podobny smak, ale nie w zupie, a w drugim daniu, kiedy podalam ziemniaczki z rybka smazona w mleku kokosowym. mniam, mniam... pychotka! :-)

wlalam do miski pol puszki mleka kokosowego (200 ml). wymieszalam mleko z takimi przyprawami, jak: kmin (ale nie kminek - klik klik, tu przeczytasz co to za przyprawa), kolendra, oraz ostra papryka. wyjelam z zamrazarki trzy filety mintaja, ktore przemylam w goracej wodzie, w celu lekkiego rozmrozenia. pocielam je na mniejsze czesci. polalam sokiem z cytryny i posolilam.

filety rybne wsadzilam do miski z mlekiem i przyprawami i dokladnie wymieszalam. wstawilam do lodowki na jakies pol godzinki. w tym czasie pokroilam jedna zielona i jedna czerwona papryke w paseczki. po pol godzinie relaksu (w tym czasie mozesz obejrzec ulubiony serial polgodzinny, jak "niania frania", albo pol odcinka "twarza w twarz" na przyklad...) wyjelam z lodowki rybe i smazylam na bardzo rozgrzanej patelni z jeszcze bardziej rozgrzana oliwa. do patelni dorzucilam rowniez pokrojona papryke i dusilam warzywa z ryba, az do miekkosci na malym ogniu. mleko oddzielalalo sie od ryby, ale ta wciaz sie w nim smazyla.

rybe smazona w mleku kokosowym z papryka podalam z mlodymi ziemniaczkami skropionymi oliwa i wymieszanymi ze swieza natka pietruszki.

ocena faceta (w skali od 0 do 5):

4 - lubie, nie powiem, az zatesknilem za tamta zupka...

p.s. ja na pewno! chyba odwiedzimy niedlugo znajomego w celu podrasowania podniebienia ;-)

środa, 10 października 2007
ciasto francuskie z bita smietana i owocami

wczoraj byl napoj z kuchni indyjskiej, dzis deser z kuchni francuskiej.

prawda, ze piekny? a jaki prosty w wykonaniu, a przede wszystkim smaczny!

wystarczylo, ze rozwalkowalam 250 gram francuskiego ciasta (zakupionego w sklepie oczywiscie, bo na skonstruowanie go potrzeba znacznie wiecej czasu, niz ten jaki posiadalam) i wylozylam nim forme. nastepnie pieklam wedlug przepisu na opakowaniu ciasta. ubilam bita smietane, czyli ubilam smietane 18% z odpowiednia iloscia cukru do smaku, tak, aby smietana byla slodka. wylozylam ja na gotowe ciasto, wyjete z piekarnika i chwile przestudzone. a na koniec udekorowalam deser owocami lesnymi (z zakupionej mrozonki owocowej) oraz posypalam cukrem pudrem, bo owoce byly ciut za kwasne.

p.s. w kategorii: troszke trudne, gdyz ciasto francuskie bylo nieco trudne do zdobycia. primo: musialam znalezc odpowiednia nazwe po angielsku. secundo: pieczone po raz pierwszy w mym zyciu (az wstyd sie przyznac, co?) ;-)

ocena faceta (w skali od 0 do 5):

4 - bardzo szybki, prosty deserek i wpisuje go na liste moich ulubionych.

p.s. dla faceta bardzo szybki i prosty?? hahahha... chyba w pochlanianiu... hahahaha...

wtorek, 09 października 2007
hmmm...

w takich chwilach, kiedy powatpiewam w sens istnienia tego bloga, momenty, kiedy ktos przysyla mi wiesci o niesprawdzonej topce (klik, klik - sprawdzcie nr 170) jestem tak wzruszona, ze slow mi brak...

DZIEKUJE WAM BARDZO!!!

23:28, cuda.wianki
Link Komentarze (5) »
mango lassi

kuchnia indyjska nie jest nam teraz obca, bo w pracy u faceta znajdzie sie wielu znajomych z indii. to wlasnie od nich po raz pierwszy facet napil sie mango lassi. jako osoba, ktora nie przepada za owocem mango nie bardzo mialam ochote przyrzadzic ten napoj, ale w koncu uleglam namowom faceta.

dwa owoce mango obralam ze skorki, pokroilam na mniejsze kawalki. zmiksowalam je w blenderze. dodalam 300 ml naturalnego jogurtu i dalej miksowalam. nastepnie okolo pietnastu kostek lodu i cukier do smaku, az napoj byl w miare slodki. miksowalam, az z napoju zrobila sie jasna, gladka pianka. rozlalam do szklanek.

ocena faceta (w skali od 0 do 5):

4 - w sumie smakuje jak w kantynie od kolegow z pracy...

p.s. w sumie, bo zabraklo u mnie przyprawy cardamom, ktorej w indiach uzywaja do mango lassi.

hmmmmm... mnie jednak srednio przypadl do gustu. ale to pewnie wina mango, za ktorym nie przepadam.

poniedziałek, 08 października 2007
tortille bolognese

zasypalam was ostatnio tortillami, a to dlatego, ze zakupilam w promocji ;-)

no w kazdym badz razie teraz beda mojego wlasnego autorstwa, czyli tortille bolognese, a w przyszlosci kolejne...

tortille bolognese sa bardzo latwe w przygotowaniu. najpierw dwa zabki czosnku pokroilam drobniutko i przesmazylam na oliwie. dodalam na patelnie 250 gram miesa mielonego. smazylam. kiedy mieso bylo juz gotowe, dodalam dwie puszki pomidorow rozdziabdzianych wczesniej widelcem (w celu nie uszkodzenia naszej ukochanej patelni teflonowej). dusilam pomidory razem z miesem na srednim ogniu. wsypalam na patelnie przyprawy: oregano, sol, pieprz oraz slodka papryke i odrobine vegety. pokroilam natke pietruszki i rowniez dorzucilam do patelni. mieszalam od czasu do czasu. kiedy wiekszosc soku z puszki pomidorow odparowala, wylaczylam gaz i nalozylam mase bolognese na gotowe, zakupione w sklepie tortille. zawinelam w ruloniki i podalam z czipsami tortilla, czy jakkolwiek je nazywacie ;-)

ocena faceta (w skali od do 5):

4 z plusem - te sa ok, tamte z kurczakiem jednak lepsze!

p.s. czesto tak bywa, ze sequel jest mniej fajny od pierwszej czesci, dlatego poki co dajemy odetchnac tortillom, ale na pewno do nich powrocimy...

niedziela, 07 października 2007
bruschetta

zdarza sie, ze czesto jemy cos, o czym nie przypuszczamy, ze ma wlasna nazwe, jak zwykle bagietki zapiekane w piekarniku i podawane z pomidorem i serem.

bruschetta (klik klik, tu przeczytasz co to takiego) wykonana przeze mnie to: bagietki polane ciut oliwa, posypane drobniutko pociachanym czosnkiem oraz polamanym drobno serem mozarella, opieczone w piekarniku do zarumienia sie brzegow oraz rozpuszczenia sie sera. takie bagietki podaje ze sparzonym, obranym ze skorki i drobniutko pokrojonym pomidorkiem oraz posypane bazylia i swiezo zmielonym pieprzem.

ocena faceta (w skali od 0 do 5):

5 - uwielbiam!

p.s. ja tez :-)

sobota, 06 października 2007
kurczakowe tortille z sosem tzatziki

i znow mamy wiosne w irlandii! :-)

a jedni wyjezdzaja na zawsze do polski...

troche dzis jakis taki melancholijny dzien, mimo, ze na dworze sloneczko daje w kosc. w takie dni, az chce sie kochac bardziej, rowniez te zielona wyspe, ktora dosc czesto potrafi przytloczyc... no, ale dosc tych dygresji z zycia wzietych. powedrowalam do kuchni w celu wyczarowania obiadku i wlasnie jestesmy po cudownie smacznych tortillach z kurczakiem w roli glownej maczanych w sosie tzatziki. ale od poczatku...

dwie papryki: czerwona i zolta pokroilam w paseczki. salata lodowa rowniez pokroilam w paseczki. a jakies osiem rzodkiewek w plasterki. salate i rzodkiewki wymieszalam razem w misce.

pol zielonego ogorka starlam na malych oczkach tarki na sos. paseczki papryki podsmazylam na oliwie. nastepnie dodalam ciut wody, zeby sie dusily. znow powrocilam do przygotowania sosu i dwa zabki czosnku posiekalam bardzo drobniutko.

wymieszalam naturalny jogurt (jakies trzy lyzki) ze startym ogorkiem (bez sosu wydzielonego od ogorka). do sosu dodalam czosnek, sol i pieprz. dokladnie wymieszalam i wstawilam do lodowki, do przegryzienia sie. dwie piersi kurczaka pokrojone w paseczki obtoczylam w ulubionej przyprawie do kurczaka.

dodalam paseczki kurczaka do duszacej sie na patelni papryki, ktora juz byla w miare miekka. dodalam ciut wiecej oliwy i smazylam na ciut wiekszym ogniu. na gotowe, zakupione w sklepie tortille wykladalam kurczaka z papryka, nastepnie wymieszane warzywa, czyli: salate lodowa i rzodkiewki. zawijalam tortille w miare mozliwosci, a musze powiedziec, ze jestem w tym beznadziejna. albo farszu za duzo, albo niesprawne rece, bo niektore tortille lamaly sie. podgrzewalam je jeszcze przez pol minutki w mikrofali. sos tzatziki wyjelam z lodowki.

kurczakowe trotille okazaly sie strzalem w dziesiatke, zwlaszcza maczane w sosie tzatziki.

ocena faceta (w skali od 0 do 5):

5 - a teraz pojde na rower je spalic...

p.s. odezwal sie ten co liczyc kalorii wcale nie musi!

17:23, cuda.wianki , 2.trudne
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10